BDO Podatki i Rachunkowość nr 5 (19) Maj 2009

A   A   A

Ryzyko pod kontrolą

(Źródło: BDO)

 

andre_helin

dr Andre Helin

Prezes BDO Numerica

 

Sławomir Wach: Czy mamy w Polsce dobrą rachunkowość na czas kryzysu?

dr Andre Helin: To zależy w dużej mierze od tego, czy chodzi o rachunkowość dla dużych spółek giełdowych, wielkich aktorów rynku kapitałowego, czy też o tę stosowaną przez małe i średnie przedsiębiorstwa, które tworzą dziś fundament każdej gospodarki. Co do spółek publicznych - z pewnością poświęcono w ostatnich latach wiele wysiłku na to, aby sprawozdania finansowe ujawniały wszelkiego rodzaju zagrożenia, także te, które jeszcze nie mają skutków finansowych. Przykład opcji walutowych wskazuje jednak na to, że można było zrobić jeszcze więcej. Co do MSP, to istnieje ogromna przepaść między zasadami rachunkowości i sprawozdawczością finansową w tych firmach, a wymaganiami rynku partnerów handlowych. Warto zbilansować wydatki na tę sprawozdawczość w tych przedsiębiorstwach i korzyści z tytułu wartości dodanej. Problem w tym, jak pogodzić interes społeczny i życia gospodarczego w przypadku MSP z nienakładaniem na nie dodatkowych obowiązków. Od wielu lat próbujemy tworzyć dla tego sektora standardy rachunkowości - jak na razie bez rezultatu. W praktyce jest to bardzo trudne.

 

Czy po kilku miesiącach 2009 r. można uznać, że sprawdzają się w praktyce znowelizowane przepisy ustawy o rachunkowości?

Moim zdaniem zaczynają się sprawdzać. Jesteśmy w trakcie pierwszego okresu sprawozdawczego, w którym ta ustawa nałożyła określone obowiązki na członków rad nadzorczych, związane także z prawidłowością i rzetelnością sporządzania sprawozdań finansowych. W tych większych przedsiębiorstwach, spółkach publicznych jest duże zainteresowanie funkcjonowaniem rad nadzorczych, firmy mają też związane z tym potrzeby szkoleniowe. Jeśli chodzi o odpowiedzialność członków tych rad, to unosi się jeszcze mgła nad rynkiem - nie wykrystalizowały się bowiem do tej pory w praktyce konkretne działania.

Nie ma dziś np. zwyczaju, że członkowie rad nadzorczych podpisują sprawozdanie finansowe - obowiązek ten spoczywa wg ustawy o rachunkowości tylko na członkach zarządu. Niewątpliwie jednak nowelizacja tej ustawy zdopingowała rady nadzorcze do uważniejszego śledzenia prac związanych z przygotowaniem sprawozdań finansowych. Znaczne ułatwienia wprowadziły dla spółek także przepisy dotyczące fuzji przedsiębiorstw - choć wiadomo, że te fuzje i przejęcie ujawniają się dopiero w pewnej fazie kryzysu gospodarczego. Uregulowania są też bardziej przejrzyste - otrzymujemy pod tym względem mniej pytań od przedsiębiorców, którzy dopiero zaczynają poznawać zasady rachunkowości

 

Ustawa o rachunkowości wprowadziła zmiany w zakresie odpowiedzialności prawnej i cywilnej członków rad nadzorczych...

Przestrzeganie tych przepisów jest o tyle trudne, że rada nadzorcza zgodnie z kodeksem spółek handlowych nie angażuje się w prace zarządu, nie może mu wydawać żadnych wiążących zaleceń, jest organem kontrolnym. Konsekwencje zapisu w ustawie o rachunkowości o odpowiedzialności rad nadzorczych - także karnej - za sporządzanie sprawozdania finansowego są większe, jak uregulowania w ksh. Dlatego mamy pewną pustkę prawną - niezsynchronizowanie tych przepisów. Inna kwestia dotyczy odpowiedzialności tych rad za zawieranie przez spółki kontraktów dotyczących opcji walutowych, których skutkiem było zadłużanie się przedsiębiorstw. Czy monitorując sprawozdawczość finansową miały świadomość, że zarządy dokonywały tego typu operacji? W mediach pojawiają się informacje o tym, że część kancelarii prawnych przygotowuje w związku z tym pozwy przeciwko niektórym radom nadzorczym.

 

Wpływ rad nadzorczych na ograniczenia ryzyka powinien być niebagatelny...

Oczywiście - tak. Korporacje podlegają stałej ewolucji. Newralgicznym elementem jest zarządzanie ryzykiem - przy błyskawicznym pozyskiwaniu informacji na globalnym rynku, no i w czasach kryzysu. Każda spółka powinna zdiagnozować, na jakie ryzyko jest narażona, i je monitorować. W przypadku konkretnego podmiotu, który dokonuje operacji w walutach obcych - jest on poddany ryzyku związanemu ze zmianą kursu tych walut, co przekłada się na wyniki finansowe. Zarząd i rada nadzorcza są zobowiązane wdrożyć działania, które je zminimalizują. Nieodpowiednie zastosowanie instrumentów finansowych może jednak przynieść straty. Rada nadzorcza powinna zatem zabezpieczać interesy akcjonariuszy poprzez zbadanie, w jakim zakresie zarząd stosuje te instrumenty zabezpieczające, i jakiego ryzyka się podejmuje. Podzielam opinię akcjonariuszy, że jeśli zarząd wziął na siebie zbyt duże ryzyko operacyjne, to powinien podzielić się odpowiedzialnością cywilną z radą nadzorczą.

 

Z jakich instrumentów zabezpieczających można zatem skorzystać w firmowej rachunkowości?

Takie instrumenty finansowe, jak opcje walutowe, futures, forwardy - żeby ich nie demonizować - można porównać do ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej czy autocasco. Celem tych instrumentów jest ograniczenie ryzyka, ale czy można ubezpieczyć się poprzez opcje na dziesięciokrotność wartości przychodu? A przecież każdy z nich kosztuje. Zarząd powinien więc obliczyć koszty zabezpieczenia przed ryzykiem, zbadać, jakie jest prawdopodobieństwo jego wystąpienia i jakie mogą być z tego powodu straty. Z tych instrumentów, odpowiednio stosowanych, spółki powinny korzystać.

 

Korzystać - rzecz jasna - przy bardzo dokładnym czytaniu umów podpisywanych z bankami...

No cóż, to także pewien element ryzyka, zwłaszcza jeśli ważnych zapisów dokonuje się minimalną czcionką. Takie kontrakty trzeba po prostu - tak jak wspomniane umowy ubezpieczeniowe - bardzo dokładnie analizować.

 

Według szacunków KNF negatywna wycena z tytułu zaangażowania przedsiębiorstw w opcje walutowe wyniosła na 13 lutego br. około 9 mld zł. Czy tak trudno było ocenić ryzyko przy zawieraniu tych transakcji z bankami?

Co do liczb, to trzeba tu być ostrożnym. KNF nie wspomina o tym, jakie byłyby straty innych przedsiębiorstw z tytułu zmiany wartości złotego, które nie były zabezpieczone. Przykładowo, jeśli spółki wzięły kredyty w walucie obcej, a kurs złotówki gwałtownie się obniżył, to miałyby one straty nawet nie stosując instrumentów zabezpieczających. Na rynku kapitałowym stało się coś, czego żadni eksperci, włącznie z NBP oraz instytucjami rządowymi, nie byli w stanie przewidzieć - spadek wartości złotego o 30-40 proc. w bardzo krótkim okresie.

Warto zwrócić uwagę na trzy aspekty kontraktów opcyjnych. Po pierwsze, były jednostki, które świadomie stosowały instrumenty finansowe monitorując ryzyko. Do dzisiaj ponoszą straty, choć byłyby one jeszcze większe, gdyby się przed tym ryzykiem nie zabezpieczały. Po drugie, niektóre przedsiębiorstwa nie poznały dokładnie mechanizmów funkcjonowania tych instrumentów i uległy zabiegom marketingowym instytucji, które oferowały im tego typu kontrakty. A brak wiedzy kosztuje, i to niemało. Trzeci problem - chyba najważniejszy - polega na tym, że niektóre zarządy spółek po prostu spekulowały. I tu wracamy do działań rad nadzorczych - które mają przecież raportować walnym zgromadzeniom akcjonariuszy o tym, czy zarząd prowadzi firmę bezpiecznie zgodnie z dobrą postawą kupiecką, czy też podejmuje nadmierne ryzyka, co może przynieść tragiczne skutki. Niczym kierowca na drodze, który mimo znaków o ograniczeniu szybkości jeszcze przyspiesza, bo ma przecież dobrej klasy samochód...

Dramatyczne wahania kursu złotego pokazały, że jest on nadal walutą podatną na ryzyko, a okres transformacji polskiej gospodarki jeszcze się nie zakończył. Ta gospodarka jest wciąż wątła - jeśli weźmiemy pod uwagę to, jak małe zasoby gotówkowe są potrzebne, aby manipulować kursem złotówki.

 

Nie tylko dla działalności takiej firmy audytorskiej jak BDO, ale również dla całego rynku finansowego istotne znaczenie mają przepisy ustawy o biegłych rewidentach i ich samorządzie, firmach audytorskich oraz o nadzorze publicznym. Strasznie ślimaczy się nowelizacja tej ustawy...

Zgadzam się z tą opinią. Polska jest jednym z ostatnich krajów, który wdroży zapisy dyrektywy 2006/43/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z 17 maja 2006 r. Opóźnienie nowelizacji wynika z pojawienia się dwóch odmiennych koncepcji politycznych dotyczących nadzoru nad biegłymi rewidentami i ich samorządem. Według wspomnianej dyrektywy ma to być nadzór publiczny, monitorujący działania biegłych rewidentów. Poprzednia ekipa rządząca - związana z PIS - opracowała projekt ustawy, w którym praktycznie podporządkowano Krajową Izbę Biegłych Rewidentów Ministerstwu Finansów, co nie miało wiele wspólnego z unijnymi wytycznymi. Po zmianie rządu Platforma Obywatelska bardziej dostosowała się w przypadku tego projektu do wymogów dyrektywy, i w większym stopniu ten projekt „urynkowiła". Sprawozdawczość finansowa i działania biegłych rewidentów dotyczą wielu uczestników rynku kapitałowego, a nie tylko Ministerstwa Finansów. Mamy też do czynienia z pewnym wewnętrznym konfliktem - z jednej strony MF egzekwuje podatki, a z drugiej - równocześnie przygotowuje regulacje związane z rachunkowością i podatkami. Jeśli dojdzie zatem do naruszenia prawa i skandalu gospodarczego, to MF może stwierdzić, że zawalili biegli rewidenci. Ci z kolei mogą uznać, iż dostosowali się do kiepskich przepisów Ministerstwa Finansów. Nie jest zatem najlepszym wyborem, aby ta sama instytucja, która opracowuje ustawodawstwo równocześnie oceniała, czy to ustawodawstwo jest prawidłowe i spełnia określone wymogi.

Na opóźnienie związane z nowelizacją tej ustawy miała też wpływ sytuacja na polskim rynku audytorskim, który można podzielić na dwa obszary. Jest bardzo wiele małych, rozproszonych firm audytorskich zatrudniających 4-5 osób, w których badania są dodatkowym źródłem pozyskiwania dochodów i mała grupka profesjonalnych firm, która jest trzonem tego rynku. I w tej ustawie musi być jakiś konsensus. Według dużych firm audytorskich ograniczenie badania źródła przychodów do 20 proc. u jednego klienta jest stanowczo za wysokie. Natomiast drobne kancelarie, kilkuosobowe zespoły chcą podnieść tę granicę do 40-50 proc., co jest iluzją, jeśli weźmie się pod uwagę takie kryterium, jak niezależność. Brakuje zatem w środowisku biegłych rewidentów klasycznego środka - jaki występuje w „starych" krajach Unii Europejskiej. Mamy w nich 4-5 dużych firm audytorskich, ale 70-80 proc. tego rynku tworzą średnie oraz małe firmy, zaś ustawy są opracowywane z uwzględnieniem takiego właśnie podziału.

 

Czy już wiadomo, jaka opcja przeważy w tym projekcie?

Co do nadzoru publicznego, to jego koncepcja jest bardziej liberalna w porównaniu z wersją pierwotną ustawy, choć nie do końca zgodna z postulatami Rady Biegłych Rewidentów. Nadzór ma być zatem w większym stopniu publiczny, jak państwowy. Ustawodawstwo zmierza w kierunku, który odpowiada większym podmiotom gospodarczym, co wymusi na małych kancelariach prawnych konsolidację, scalanie firm w większe podmioty audytorskie. Prawdopodobnie przed wakacjami ustawa powinna zostać podpisana przez prezydenta i wejść w życie. Takie też są oczekiwania środowiska audytorskiego.

 

Czy i w jaki sposób mają funkcjonować komitety audytu? Czy zmiany w tej ustawie nie będą na tyle elastyczne, że umożliwią spółkom rezygnację z ich powoływania...

W Unii Europejskiej - tworząc przepisy dotyczące tego komitetu - wyobrażano sobie, że ma on być ciałem funkcjonującym obok rady nadzorczej. Zostało to przyjęte z pewnym oburzeniem zwłaszcza przez małe spółki giełdowe, według których wymogi dotyczące rad nadzorczych są większe jak w kodeksie spółek handlowych, a gdy jeszcze uwzględni się wymagania związane z komitetami audytu, to rady te musiałyby składać się z 5-8 członków. A to już dla tych małych podmiotów oznaczałoby zbyt duże koszty. Dlatego nowa ustawa stwarza możliwość, aby w spółce mającej nie więcej niż 5 członków w radzie nadzorczej można było powoływać komitet audytu w ramach tej rady.

Moim zdaniem jest to krok do tyłu w stosunku do wcześniejszych zamierzeń ustawodawcy. Jeśli bowiem rada nadzorcza ma reprezentować struktury właścicielskie, także zgodnie z wymogami członków niezależnych, to trzeba będzie jeszcze wprowadzić dodatkowy warunek - że w jej składzie muszą znaleźć się osoby z dużą wiedzą na temat rachunkowości i rewizji finansowej. W mniejszych spółkach rola komitetu audytu zostanie zatem rozmyta - chyba że uda się firmom znaleźć osoby, które spełnią wszystkie wymienione warunki. Czas pokaże, czy te specjalne zasady i reguły gry dla małych i średnich podmiotów sprawdzą się w praktyce.

 

Rada Międzynarodowych Standardów Rachunkowości Finansowej (IASB) pozwoliła na początku kwietnia bankom, aby zmieniły zasady wyceny swoich aktywów. Czy nie dojdzie w ten sposób do manipulacji danymi finansowymi?

Banki zawsze mogły wyceniać swoje aktywa wg wartości rynkowej, natomiast Rada zmieniła zasady rachunkowości - skutki z tej wyceny nie są odnoszone do rachunku zysków i strat, lecz są księgowane w kapitale własnym. Rada uzasadniła to faktem, że rynek w szczytowej fali kryzysu po prostu zastygł. Nie było obrotów na rynku kapitałowym w takim zakresie, żeby te wyceny można było uznać za rzetelne, odzwierciedlające wartość aktywów. Tego typu instytucje finansowe mają wymóg ustawowy utrzymania kapitału własnego na określonym poziomie. Jak nagle spada wartość papierów giełdowych oraz innych aktywów finansowych, i spada wartość kapitału, to banki nie spełniają tych wymogów. Wtedy ograniczają swoją działalność, co z kolei zmusza je do wyprzedaży aktywów. Pojawia się spirala strat.

Nie obwiniajmy jednak lekarza za to, że postawił nam właściwą diagnozę. Nie zasady rachunkowości tworzą stratę - one je tylko ujawniają. Uważam, że dokonanie takiej zmiany jest de facto niczym innym, jak zabiegiem księgowym i przypomina kreatywną księgowość. Podważa autorytet IASB oraz niezależnych ekspertów tworzących dobre zasady rachunkowości i wprowadza w błąd aktorów rynku kapitałowego. Ze zmiany tej trzeba się jak najszybciej wycofać.

 

Nie ma co zwlekać z wejściem Polski do strefy euro?

Taka decyzja pozytywnie wpłynie na stabilność polskiego systemu rachunkowości. Znikną nieszczęsne różnice kursowe, będzie większa przezroczystość porównywania cen i łatwiej będzie podejmować - przy tym samym mierniku - decyzje gospodarcze.

Polska ma pod tym względem o wiele więcej do wygrania niż do stracenia. Poza strefą euro są np. Wielka Brytania i Dania. Gdyby jednak Polska miała taki dochód narodowy na jednego mieszkańca, rozbudowaną gospodarkę oraz regulacje prawne jak Dania, to można by się zastanawiać, czy euro jest lepszą walutą niż złotówka. Oceniając realnie polską gospodarkę - nie minął jeszcze okres jej reformowania. Sądzę, że wejście Polski do tej strefy jest niezbędne i tak się też stanie. Taki też będzie wybór większości społeczeństwa. Dla Polski ważne jest i dziś, i w przyszłości utrzymywanie relacji gospodarczych z krajami, których walutą jest euro. Nie ma co grać na tendencjach patriotycznych, narodowych. Warto przypomnieć, jaką rolę odegrał Narodowy Bank Polski w czasie spekulacji złotym - praktycznie żadną, gdyż nie miał właściwie środków, które umożliwiałyby mu ochronę jego wartości. Wstąpienie do strefy euro przyniesie Polsce korzyści finansowe, gospodarcze, psychologiczne. Być może te ostatnie są najważniejsze. Bo dzięki nim Polska na dobre zakorzeni się w Unii Europejskiej.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Sławomir Wach


<< powrót

KONTAKT

Zadaj nam pytanie a nasz ekspert skontakuje się z Tobą w najbliższym czasie

NASZE BIURA

Sprawdź gdzie w Polsce znajdziesz nasze biura
ARCHIWUM

WYSZUKIWARKA

Wpisz poniżej szukane słowo lub frazę
wyszukiwarka zaawansowana
Biuletyn

Kategoria
Autor

Źródło

SUBSKRYPCJA

Chcesz otrzymywać najnowsze informacje o naszych szkoleniach? Zapisz się!

SZKOLENIA

NASI PARTNERZY